Blog z wyjazdu na Balkany


Jak nam ukradli auto…
sierpień 17, 2007, 9:54 pm
Zaszufladkowany do: 3.Bulgaria

15. sierpnia 2007 roku stalo sie to, czego sie obawialismy…

Bedac w miescie Nesebar, na bulgarskiej riwierze, zostawiwszy zaparkowane przy ulicy auto, poszlismy szukac jakiejs mety. Nie znajdujac jednak zadnej ciekawej oferty, przysiedlismy kilka metrow dalej, plecami do wozu na murku, zeby zastanowic sie, co dalej zamierzamy. Nagle Majki zaniepokojony jakimis tajemniczymi zdarzeniami za krzakami, gdzie stal nasz Ford, spytal sie mnie, czy nikt nam “auta nie robi”. Mnie sie nie chcialo w to wierzyc i wciaz zaaferowany brakiem noclegu i zblizajacym sie zmrokiem, nie wzialem jego slow na powaznie. Gdy zaledwie pare chwil pozniej ustalilismy, dokad zamierzamy sie udac w sprawie noclegu, ruszylismy w strone auta. Przychodzimy na miejsce, a tu… nie ma naszego samochodu. Obeszlismy kilka razy okolice, zeby sie upewnic, ze w dobrym miejscu go szukamy. Nie majac zadnych dokumentow, ani auta, ani osobistych, ani nawet portfeli, po prostu niczego, Majki zaczal rozmyslac o opcjach powrotu, a ja o blokadzie kart platniczych. W zasadzie nie wiedzielismy, czego najbardziej zalowac i co dalej czynic… Szukajac juz policji, zapytalismy jeszcze kolesia, ktory siedzial obok, czy aby na pewno nic nie widzial i cos tam pod nosem wymamrotal, ze auto zostalo odholowane na parking 500 metrow dalej. Odetchnelismy z ulga, bo juz nie bylo nam za wesolo. Okazalo sie, ze stalismy w niby niedozwolonym miejscu, ale niestety slabo u nas z cyrylica, stad nie do konca o tym moglismy wiedziec. Kara za odholowanie wyniosla nas 25 euro, wiec nie jakos dramatycznie, aczkolwiek troche zakulo i na pewno humor na jakis czas popsulo. Jak potem zauwazylismy, to na ten parking wjezdzal holownik za holownikiem… Po prostu chyba z tego biznesu sie miasto utrzymuje?! Wyliczylismy, ze musza zarabiac na tym kilkadziesiat tysiecy euro, jesli nawet nie set tysiecy, miesiecznie! HARDCORE!

Zanim jednak trafilismy do Nesebaru, zazylismy kapieli w turystycznym regionie zwanym “Sunny Beach”. Plaza i morze byly wg nas zajebiste… ale tylko to. Kurort sam w sobie jak kazdy inny, troche kiczu, troche tandety i duzo nagosci. Wokol rosnace jak grzyby po deszczu nowe hotele i luksusowe apartamenty. Kolejnego dnia, 16.08. zwiedzielismy jeszcze wyspe Nesebar (polaczona mostem z wczasowym kurortem), ktora byla bardzo piekna, utrzymana w starym stylu, jednak z calym mnostwem turystow. Zazylismy i kolejny raz kapieli, jak i opalanka na drobnym piaseczku, po czym ruszylismy w glab Bulgarii opuszczajac juz na dobre wybrzeze Morza Czarnego.

Do “Wielkiego Tarnowa” (Veliko Tarnovo) dotarlismy po 4-5 godzinnej podrozy po bulgarskich bezdrozach… z jednej strony pola, a po przeciwleglej gory, przez ktore zreszta musielismy sie przebijac (okolo 1500 m.npm.) niesamowicie kretymi drogami. Miasto jest przepiekne, zreszta z bardzo dluga historia (przed nasza era). Biale domy z czerwona ceglowka rosna na zboczach wzgorz jak i w dolinach, co sprawia niesamowity widok! Z daleka wyglada to, jakby domy na sobie lezaly, a miedzy gesta zabudowa wija sie waskie, tajemnicze i urocze brukiem wylozone uliczki. Do tego w dolinie rzeka i duzo zieleni… Jest tu magicznie! Wieczorem odbyl sie pokaz swiatel i dzwieku na starej zabudowie, na wzgorzu. Myslelismy przed pokazem, ze bedzie to cos na zasadzie, ze 3 lasery beda smigac po budowli, czyli nic ciekawego. A w rzeczywistosci okazalo sie, ze zrobili niesamowity spektakl, ktory zapamietamy z pewnoscia na bardzo dlugo! Zostalismy tu i dzis, zeby troche pospacerowac po miescie, just hang around i rozkoszowac cudowna okolica. Jeszcze jest tu stosunkowo malo turystycznie, wiec miasto zdecydowanie warte wyprawy, dopoki “wielkie pieniadze zachodu” (po zbudowaniu lotniska) nie zrobia swego i nie zniszcza tej swietnej atmosfery! Jutro z rana chcemy jeszcze zobaczyc z bliska cytadele na wzgorzu (ta, ktora widzielismy w nocy z daleka przy grze swiatel), a nastepnie pojechac do stolicy Bulgarii, Sofii, gdzie spedzimy pewnie tylko jedna noc (ponoc niezbyt interesujaca).

Kolejny news bedzie pewnie juz z Macedonii! Cieszymy sie juz bardzo na te bardziej “dzikie” kraje, jak Macedonia, Albania, Czarnogora, Bosnia… Dziekujemy bardzo za cieple komentarze!

S&M



Zegnajac sie z Rumunia, witajac Bulgarie…
sierpień 15, 2007, 10:08 am
Zaszufladkowany do: 3.Bulgaria

15.08.07, 8 rano, budzimy sie w okolicach Varny (w Bulgarii), na pieknym wzgorzu (okolice przypominaja leniwa, romantyczna Toskanie), zlani potem w naszym namiocie i nie do konca wiadomo, czy to ze wzgledu na upaly tu panujace, czy wczorajsze alkoholowe trunki… Ale kaca nie ma! Przynajmniej ja nie mam :)

Od ostatniego wpisu spedzilismy jeden dzien w Constancy, portowym miescie, drugim co do wielkosci w Rumunii. I tak naprawde trudno cos dobrego powiedziec o tym miejscu. Miasto szare, nieciekawe, aczkolwiek przepelnione turystami (rumunskimi), a pierwsza kapiel w Morzu Czarnym byla wrecz okropna (woda zimna, brudna i smierdzaca). Dlatego tez wiele sie nie zastanawialismy i gdzies po 2 godzinach lezenia plackiem na plazy udalismy sie w dalsza podroz, w kierunku Bulgarii, wzdluz wybrzeza. Znalezlismy spoko pole namiotowe w malym kurorcie letnim w miasteczku o nazwie… Neptun. Pole na pierwszy rzut oka troche zatloczone, ale za 5 euro moglismy rozbic namiot, skorzystac z darmowego neta (czego nie zrobilismy), a i lazienki wojskowe i „kible ala Malysz” byly w cenie! A tak na powaznie, to jak na ta okolice, to i tak niezla cena. Nie zdazylismy sie co prawda juz wykapac (dotarlismy tam kolo 19), ale za to skoczylismy na plaze na 2 piwka (Ursusik za 50 centaurow!) i obeszlismy okolice. Typowy tandetny letni nadmorski kurort, jak w Polsce, we Wloszech nad Adriatykiem czy nawet na Majorce. Wiele szajsu do kupienia na kazdym kroku i klimat po prostu… (wymysl sobie jakis synonim „tandety”). Spotkalismy tu juz wiecej Polakow (choc tez nie masowo), bo trzeba powiedziec, ze ku naszemu zaskoczeniu w calej Rumunii do tamtej pory spotkalismy „az” 3 osobowa grupe Polakow (ze „stolycy”) w naszym hostelu w Bukareszcie. A na naszym polu namiotowym w Neptunie staly z kolei „az” 3 samochody na polskich blachach (na calej trasie w Rumunii spotkalismy moze 5-6 aut z PL). Swoja droga ciekawe maja tam nazwy tych „wypoczynkowych miast”. Od wszystkich mozliwych nazw planet (Neptun, Saturn, Venus, Pluton…), po jakies dziwne… daty. I tym samym znalezlismy sie kolejnego dnia zaledwie kilka kilometrow dalej (juz przy samej granicy z Bulgaria), w miescie „Doi Mai”, czyli „2. Maj”. Przejezdzalismy tez przez „23. Sierpnia”… No coz, co kraj to obyczaj. W kazdym razie na krotkiej kapieli i lezakowaniu na plazy w Doi Mai zakonczylismy swoje rumunskie podrozowanie.

W tym miejscu wypadoloby podsumowac nasze wrazenia z Rumunii… Zeby sie za wiele nie rozpisywac, to krotko i na temat: Rumunia jest krajem bardzo zroznicowanym, w ktorym widac wplywy roznych kultur. Podczas naszej podrozy z zachodniej strony (Timiszoara) przez centrum (Sybin, Braszow, Bukareszt) na wschod do wybrzeza (Constanca) i dalej na poludnie („Neptuny i Doi Maie”) widac bylo spora roznice poczawszy od architektury miast po zamoznosc ludnosci. I tym samym w Timiszoarze i Braszowie bylo chyba najwiecej „sredniej klasy” ze wszystkich miast rumunskich, miastem zdecydowanie najpiekniejszym, uporzadkowym i zdecydowanie najbogatszym okazal sie Sybin, choc troche na moj gust zbyt lansowy (ludzie z nosem powyzej oczu, ubrani u Versace, z okularami Gucciego i wiszacy przy swoim CLS’ie 500 – dla tych co nie wiedza o co chodzi… jest to jeden z najdrozszych mercow), a z kolei najbardziej zadziwiajacym miejscem byla sama stolica, Bukareszt, gdzie mimo, ze miasto nie mialo spojnosci, to jednak bylo ciekawe i zdecydowanie warte zwiedzenia! Do tego jeszcze dorzucic oklepane wybrzeze i kraj w zasadzie kompletny. Podobnie jak u nas maja wysokie gory i piekne krajobrazy, dostep do morza (choc troche sie zawiodlem), miasta kulturalne jak i przemyslowe… Za to drogie ceny rekompensuja piekne kobiety… Generalnie niczego tu nie brakuje, a ma sie wrazenie, ze ta Rumunia dopiero sie buduje i ich 5 minut zdecydowanie jeszcze nadejdzie! Miejsce w Europejskiej Unii jak najbardziej zasluzone. A great place to be!

W Bulgarii jestesmy od wczoraj. I jak tylko zaczely sie pojawiac pierwsze akcenty morskie, to widac od razu „inwestycje zachodu”, czyli Niemcow. W przeciwienstwie do rumunskiego wybrzeza to jednak w duzo ladniejszym stylu, a i tandety wydawalo sie byc o wiele mniej. Od razu nam sie tu z Majkiem spodobalo!

Pierwotny plan byl taki, zeby rzucic sie w „Zlotych piaskach” na zloty piasek i pod wieczor poszukac gdzies jakiegos pola (bo tanich hoteli w tym miejscu raczej nie ma). Z tym, ze zblizajac sie do celu, nie widac bylo nigdzie nawet wzmianek o jakimkolwiek kempingu, a i w przewodnikach nic na ten temat nie napisali. Trzeba bylo wiec plan zweryfikowac i najpierw poszukac mety, na nastepnie udac sie na plaze. W ten sposob przejechalismy przez Zlote Piaski i dotarlismy az do Varny, bulgarskiej portowej miejscowosci, jednak bez porownania z rumunska Constanca! Oczywiscie na plus dla Varny. Minusem, i to chyba jedynym w tym miescie, to zblazowana pani pracujaca w informacji turystycznej, ktora nie dosc, ze slabo po angielsku mowila, to jeszcze nie miala zadnych informacji a i niechetnie z nami rozmawiala. Praktycznie niczego sie niedowiedziawszy postanowilismy udac sie do hostelu na obrzezach miasta prowadzonego przez angielska pare. Zanim tam w koncu trafilismy, to troche pobladzilismy, gdyz nie jestesmy biegli w cyrylicy, ktora sie tu uzywa. Tak wiec wioska o nazwie „Zvezditsa”, ktorej szukalismy, pisze sie tu cyrylica „звездица”. Tak czy inaczej szukalismy miasta na „trzy-be-trzy”… :) Po kilkunastu minutach w koncu trafilismy na dobra droga, gdyz oznaczenia maja tu… po prostu ich nie maja. Drogowskazy tylko do glownych miast i w samych miastach. Oszczednie, oszczednie… Anyway dotarlismy jakims cudem do 15 km oddalonego od Varny miasteczka, gdzie za 6 euro „łiza brekfast” pozwolono nam rozbic namiot na ich ogrodzie na zapleczu domku. Jak juz wspomnialem, hostel prowadzony przez mlode malzenstwo brytyjskie, ktore bodajze wykupilo ten dom 3-4 lata temu i prowadza interes miedzy kwietniem a pazdziernikiem, zeby w pozostalych miesiacach pracowac w Anglii, gdyz jak to powiedziala Jodie (zona Gregora)… „in Winter it’s getting f*cking cold here”. Jednak kokosow z tego biznesu nie wyciagaja, ale kreci ich zycie tutaj… piekne plaze, upalne lata, dobre jedzenie i ogolnie niskie ceny :) Mozecie sobie sprawdzic ich stronke www.hostelvarna.com Tego dnia zanim sie zdazylismy rozbic i rozejrzec po okolicy, to juz byla 18, wiec nie pozostalo nic innego jak wymycie sie pod prysznicem i wypad do imprezowej Varny. W miescie na deptaku (ktory jest jednym z wiekszych, jakie w zyciu widzialem), zjedlismy sobie w przyjemnej knajpce pizze (Majk jakis rodzaj spaghetti) do tego po piwku i zaplacilismy jakies smieszne pieniadze. Fakt, ze zarcie nie bylo z gornej polki, ale chociaz syte. Nastepnie sobie pospacerowalismy po okolicach (sama Varna jest przyjemnym miastem, aczkolwiek niczym specjalnym niewyrozniajacym), kupilismy po bronku i wio na plaze, gdzie obserwowalismy zachod slonca i… proby tancerek do wieczornego wystepu. Jak juz sie sciemnilo, a przyplazowe knajpy i bary zaczely powoli zapelniac, zrobilismy mini-rekonesans po barach, gdzie praktycznie w kazdym gral ktos na zywo i sie nawzajem troche zagluszali :) Tandetnych knajp tu rowniez nie brakowalo, ale przewazaly jednak te przyjemne lokale, czesto gustownie i oryginalnie urzadzone. Zachcialo nam sie lodow, wiec z powrotem na deptak, gdzie dostalismy gigantyczne porcje lodow na… wage. Tak sie tu kupuje lody na galki, wiec potezne galki oznaczaja tylko jedno… wiecej placisz. Ale jak to Majki stwierdzil, „lody zagrazaja pozycji tym z Potsdamer Platz”, a wg mnie tym z Eskimosa we Wrzeszczu w Gdansku. Tak czy owak byly swietne! I do tego klasycznie juz niedrogie. Zachwyceni tanim krajem wbilismy sie do jakiegos otwartego baru przy plazy, gdzie sobie piwkowalismy i drinkowalismy :) Na koniec imprezowania, gdy juz miekko sie myslalo i chodzilo, mielismy znowuz jakis smiesznie maly rachunek do zaplacenia, bo chyba nikt mi nie powie, ze 90 centow za piwo w kuflu, czy 3 euro za „mai tai” to wygorowana cena, jak za FIRMOWE ALKOHOLE (zadne Gorbatschowy czy inne no-name’y) i to jeszcze na wybrzezu Morza Czarnego! Jedno jest pewne: tutejsze morskie okolice sa dobra miejscowka na tanie imprezowanie i warte specjalnego wypadu! Trzeba korzystac, bo ceny (jak widac po Rumunii) pewnie niebawem wzrosna do zachodnioeuropejskiego standardu. Wrocilismy sobie taksoweczka (30 km za 5 euro na dwoch!!!!) i jeszcze tutaj pochillowalismy z innymi turystami (wiekszosc anglikow i niemcow).

Aktualnie siedze sobie na tarasie, Majki mnie tu stresuje i pospiesza, wiec bede konczyl. Jedziemy dzis do „Slonecznego Brzegu”, a jesli nie znajdziemy tam miejsca na nocleg, to pewnie ruszymy dalej az do Burgas. I jutro zapewne udamy sie juz w glab Bulgarii, do bylej jej stolicy, Veliko Tarnovo.

Pozdrowienia z goracego wybrzeza bulgarskiego!
S&M