Zaszufladkowany do: 2.Rumunia
Jestesmy juz od wczoraj w Bukareszcie. Po dlugich poszukiwaniach zeszlego wieczoru, udalo nam sie przy pomocy bardzo sympatycznych Rumunow (znajacych calkiem niezle angielski) odnalezc ostatnia wolna szanse na nocleg (poza polem namiotowym, ktory byl przesadzenie drogi i niefajny, a w dodatku strzezony przez kobieto-faceta badz faceto-kobiete… do dzis tego nie mozemy rozstrzygnac). Mete nasza znalezlismy w willowej dzielnicy Bukaresztu, w hostelu o przecudnej, lovely nazwie „Butterfly Villa”, gdzie co prawda nie zalapalismy sie na miejsca lozkowe w pokojach, ale dzieki zdolnosciom flirtujacym Majka, moglismy rozbic sie na tarasie pod golym niebiem podziwiajac bukaresztanskie gwiazdy… ale to przez chwile, poniewaz nadciagnely grube chmury, z ktorych o czwartej rano spadl rzesisty deszcz chlodzac nasze rozpalone od slonca body. Miejscowka swietna, za cztery eryki, mozna sie najesc jak Pany (all-you-can-eat-breakfast), wyprac w pralce nasze wypocone ciuszki oraz skorzystac z internetu! Wszystko included! Dlatego zostaniemy tutaj na kolejna noc.
Wrocmy najpierw do tego, co robilismy od ostatniego newsa… Z Sybina wyruszlismy jeszcze tego samego dnia do Braszowa zwiedzajac po drodze rozne ciekawe miejsca…
Sybin…
…jest zdecydowanie najpiekniejszym miastem Rumunii w naszej opinii. Waskie uliczki, trzy cudowne place oraz leniwie walesajacy sie turysci i miejscowi, czyni to miejsce niepowtarzalnym. Powstal nawet plan, zeby kupic tu kiedys kamienice i otworzyc hotel! Poniewaz jedyne, co mozna temu miastu zarzucic, to slabo przygotowana baza noclegowa. Ale kase kombinowac bedziemy po powrocie :) W Sybinie skosztowalismy jeszcze pysznej rumunskiej slodkosci o nazwie „gogoszi”. Jest to cos w rodzaju paczka z roznymi nadzieniami oraz wymaczany w cukrze. Slodki jak cholera, ale… PYCHOTA!
Biertan…
…malym miasteczkiem, w ktorym rzekomo warta ogladniecia byla jedna z ponad stu dobrze zachowanych cytadeli saskich z XVI wieku. Wywolala w nas mieszane uczucia… slowami Majka „byla spoko, ale nic szczegolnego”. Wielki betonowy kolos na wzgorzu i… to tyle.
Sighisoara…
…to miejsce narodzin Vlada Tepesa, ktory stal sie inspiracja do napisania ksiazki, a nastepnie nakrecenia filmu o Drakuli, czyli samego Tepesa. Tam zostalismy na pare chwil, w drodze do Braszowa, zeby zobaczyc cytadele i „romantyczny” cmentarz na wzgorzu. Wszystko fajnie i pieknie, ale jak to wspolnie stwierdzilismy… miasto zdecydowanie dla zakochanych par :)
Braszow…
…byl miastem najciekawiej opisanym w przewodniku, stad mielismy najwieksze oczekiwania wobec tego miejsca. Zblizajac sie do miasta wital nas z daleka potezny napis „BRASOV” na wysokim lesnym wzgorzu ala „Hollywood”! Troche nas zaskoczyla „jedyna atrakcja miasta”, ktora byl maly stary ryneczek, w dodatku nie do konca utrzymany w dobrym stanie. Jednakze zjedlismy tam bodaj najlepsza w zyciu… pizze (w knajpie o nazwie „Roma”), ktora byla spora, smaczna i do tego niedroga! Koniecznie warte wspomnienia jest tez nasza noclegownia na obrzezach Braszowa, nareszcie w cenach, ktorych sie po Rumunii spodziewalismy! 3 eryki za osobe na polu namiotowym to naszym zdaniem naprawde jedyny sluszny deal! Malo tego, przed zasluzonym wypoczynkiem, udalismy sie do przykempingowej restauracji, aby spozyc rumunskiego bronka, ktory okazal sie dobrym i tanim, jak zreszta wszystkie tutaj piwa (Ursus, Ciuc, Silva). Nasze chwile spedzane przy piciu piwa i planowaniu dalszej wyprawy umilal nam regionalny spiewak (nie mylic z muzykiem!) w bialych spodniach i czarnej skorzanej katanie jak i zlotym lancuchu, spiewajac nostalgiczne rumunskie piesni. Swego rodzaju „disco romano”, ale bylo wesolo. Po zwinieciu namiotu ruszlismy ku rumunskiej stolicy, zatrzymujac sie podczas jazdy na zwiedzanie zamku w Sinaia i na arbuza.
Sinaia…
…to w zasadzie przede wszystkim kurort zimowy, aczkolwiek aktualnie… letni :) Jednak turystow, jak wszedzie, nie brakowalo. Zamek Karola I przypominal do zludzenia zamek Neuschweinstein, ktory jest znany (oprocz swego piekna) z czolowki bajek Disney’a. Jego potega i piekno zapieradaly dech w piersiach! Postanowilismy zaszalec i skorzystalismy z rumunskiej przewodniczki grupowej (po angielsku) po wnetrzach zamku, ktorej gdy zadalo sie pytanie, zawieszala sie jak stara tasma. Caly spacer po zamku zakonczyla ze szczerym usmiechem i slowami w stylu Borata (kto ogladal to wie o czym mowa)… „I hope you like” :) Wieczorem ruszylismy w koncu na Bukareszt!
Bukareszt…
…sprawia na pierwszy rzut oka bardzo zle wrazenie: szare blokowiska, watachy psow (ponoc 100-200 tys sztuk!), zwisajace wszedzie kable w niezliczonych ilosciach oraz duzo biedy widocznej na ulicach, ktora w przeciwienstwie do innych czesci Rumunii jest tu bardzo znamienna. Jednak nastepnego dnia (czyli dzisiaj), gdy wybralismy sie na zwiedzanie dla nas jeszcze tajemniczego miasta, okazalo sie, ze jest to miejscowka posiadajaca wiele uroku. Poczawszy od gmachu Parlamentu, ktory jest drugim co do wielkosci budynkiem na swiecie (za Pentagonem), poprzez schowane magiczne i kameralne cerkwie jak i starowke znajdujaca sie wciaz w remoncie. Jednak te gdzieniegdzie ustawione ciekawe i robiace wrazenia budowle, zakrywaja tak naprawde ochydne i rosnace w nieskonczonosc obskorne blokowiska. Z drugiej strony „perelki” Bukaresztu trzeba szukac wsrod tych szarych, obdrapanych budynkow, jak chociazby cerkwie, czy malownicze uliczki ze starym budownictwem, ktorego tu juz niewiele pozostalo. Dlatego ta zroznicowana architektura Bukaresztu jest ciekawa, wlasnie ze wzgledu na brak spojnosci i jednego klimatu. Miasto jest ciche, sielskie (przynajmniej dzis w niedziele) i dosyc czyste. Widac tu jednak wyraznie roznice miedzy biedota i nowobogackimi. Klasy sredniej w zasadzie nie ma. „Albo jezdzisz Mercedesem albo Dacia”. Nie dawno temu wrocilismy z dobrego mealu w knajpce „La Mama” (u mamy) z tutejszym jedzeniem. Zamowilismy sobie po poteznym daniu, na ktore skladaly sie zawijane roznego rodzaju miesa w kapuscie, polane pieprzowym sosem oraz mamalyga (rozgotowany kuskus), ziemniaczkami z bekonem, cebula, warzywami i czosnkiem oraz sosem czosnkowym. Ja bylem zachwycony, Majkowi smakowalo (ale mowi, ze bez rewelacji). Fajnie bylo jednak zjesc „cos tutejszego” w milej atmosferze, otoczeni pieknymi rumunkami.
(do kobiet – nie czytajcie tego akapitu!)
Temat o tutejszych kobietach wymaga wrecz osobnego wpisu, gdyz sa one przesadzenie ladne! Spodziewalismy sie z poczatku czego innego po rumunskich kobietach, pewnie jak wiekszosc Polakow. Jednak te stereotypy absolutnie sie nie zgadzaja a rumunki zdecydowanie zaliczaja sie do najpiekniejszych kobiet swiata! Az trudno sie tu czasem skupic, gdy mijaja cie z kazdej strony dlugonogie, szczuple, delikatne i sexowne kobiety… Miec rumunke za zone to absolutnie zaden wstyd! :) Wlasnie wybieramy do jakiegos nocnego lokalu…
A jutro opuszczamy stolice udajac sie nad Morze Czarne do Constancy. Gdzies w okolicach zamierzamy sie rozbic na polu namiotowym, aby kolejnego juz dnia ruszyc do Bulgarii (patrz rozpiska – Plan podrozy).
Kolejny raz napiszemy pewnie juz z Bulgarii, gdzie zamierzamy opalac nasze Bierbauchy i zazyc w koncu pierwszej kapieli w morzu.
Pozdrawiamy rodzine, przyjaciol, znajomych, i nieznajomych, jak i tych, ktorzy trafili tu przez pomylke, ale z checia czytaja nasze posty.
Seba & Majki
Zaszufladkowany do: 2.Rumunia
Podroz z Berlina przebiegla bardzo sprawnie, lecz nie planowo, jak zreszta wszystko tu :)
Jechalo sie bardzo dobrze niemiecka, czeska, slowacka i wegierska autostrada, jednak troche za duzo czasu stracilismy zaraz za granica niemiecka w Czechach szukajac stacji na gaz… Jak juz znalezlismy stacje, to byla zepsuta, a na kolejnej tylko w czeskich koronach mozna bylo placic, ktorych rzecza jasna nie mielismy i nie zamierzalismy wymieniac, bo tez po co?! Jednak byla to jedyna opcja, wiec wymienilismy na jednym koncu miasta kaske, zeby na drugim zatankowac i wrocic na autostrade, ktorej nie bylo… Slowem czeski film!
Ah, zapomnialbym o naszym towarzystwie niemieckim! Dziewczyny bardzo sympatyczne, kapke starsze od nas. Byly co prawda zdziwione, jak zajechalismy piekna limuzyna na polskich blachach. Rzecz jasna ani o “jakosci pojazdu” ani o polskich kierowcach, a tymbardziej braku klimy (oj bylo goraco!) nie wspomnielismy. Ale nie marudzily, na paliwko sie zrzucily, wiec kulturka!
Dziewczyn pozbylismy sie w Budapeszcie, gdzie po raz kolejny stracilismy sporo czasu. Okazalo sie bowiem, ze radio, ktore przelozylem na 5 min przed wyjazdem z Volva, nie ma odpowiednich kabli do podlaczenia w fordzie… Stad jechalismy po cichu. No nie tak po cichu… kto jechal fordem 160-170 kmh, wie o czym mowie :) Anyway, w stolicy Wegier szukalismy kabelka, zeby podlaczyc do cholerne radio. Zwiedzilismy Media Markty i inne Electro Worldy i du*a.
Po zmarnowanych 2-3 godzinach i juz bardzo zmeczeni (po drodze sie z Majkiem za kolkiem zmienialismy, gdyz on spal troche dluzej ode mnie przed podroza: Majk 2 godziny, ja jedna :)), wiedzielismy, ze nie damy rady dotrzec do Rumunii. Postanowilismy wiec pojechac jak najblizej granicy, zeby nastepnego dnia z rana uderzyc na Timisoare i Sybin. Tym miejscem okazalo sie Szeged, zreszta niemale i troche przypominajace Szczecin (tez troche ponad 300 tys. mieszkancow). Tam sie rozbilismy elegancko o 22:00 na polu namiotowym i w mig udalismy do krainy snu.
Kolejnego dnia z rana znalezlismy sklepik z kabelkami (“Ribizsar Auto Hifi” czyt. żibiżar ato hifi), wiec zadowoleni z wystajacymi zimnymi lokciami pospiesznym krokiem pognalismy na przejscie graniczne. Tam “Pan Szeryf” otwieral przepakowane rumunskie Dacie i wozy na wloskich tablicach (?!), ale nas puscili bez sprawdzania.
Zakupilismy winiety na rumunskie drogi (buahahaha!), ktore na pierwszych kilkudziesieciu kilometrach sprawialy niezle wrazenie, aczkolwiek im dalej w glab kraju, tym gorzej. Kilka razy myslalem, ze zawieszenie zostawilismy (a prowadzil Majk :P), wiec Bogu dziekuje, ze mnie nie podkusilo pojechac Volvem. Krajobrazy z poczatku bardzo plaskie, praktycznie same pola do Timisoary.
Timisoara to calkiem spore miasteczko z 3 placami (rynkami), zreszta do zludzenia przypominajace polskie starowki (Krakow, Wroclaw, Gdansk). Ku naszemu zaskoczeniu, rumuni na biednych absolutnie nie wygladaja, a wystawnych lokali, pokaznych samochodow jak i pieknych rumunek nie brakuje! Jako, ze gonil nas czas, to spedzilismy w tym miasteczku zaledwie pare chwil, zeby szybko sie udac do Sybina i tam spedzic wiecej czasu i w koncu poczuc tutejszy klimat.
Droga do Sybina byla juz o wiele ciekawsza. Lekko gorzyste tereny zapowiadaly Transylwanie, a niebieskie pociagi ciekawie sie na ich tle komponowaly (fotki sa!). Mocno nas zdziwil bardzo duzy ruch na ulicach. Liczne stare Dacie mieszaja sie tu z najnowszymi furkami swiata, ale wszyscy jezdza jak po***… po prostu jak szaleni :) Ciezko tu kogokolwiek wyprzedzic, bo wszyscy… ciebie wyprzedzaja. Jazda samochodem to tu prawdziwa przygoda, a i Majki pokazal zabki i niejeden przepis zlamal, zebysmy ruszyli z miejsca. Ten spokojny, zchilowany Majk juz nie wroci :)
Tak czy owak, udalo sie w koncu dotrzec do Sybina, przepieknego starego miasta, zreszta nie bez powodu nazwane “europejska stolicy kultury 2007″. I wszystko wydaje sie tu byc swietnie dopiete na ostatni guzik poza… noclegami, ktorych brak! (tu uwaga polacy z euro2012 – budowac hotele!) Wszystko normalnie zajete i to niezaleznie, czy drogie czy tanie noclegi. A pol namiotowych od roku… nie ma. Zrezygnowani bylismy juz gotowi kimac w aucie, albo rozbic namiot na dziko, jednak sprobowalismy jeszcze podjechac do jednego pensjonatu na naszej drodze i tam bardzo mily “Pan Rumun” nie znajac zadnego jezyka poza rumunskim, zrozumial o co chodzi, pojechal z nami kawalek dalej, wskazal miejsce z wolnym noclegiem (stosunkowo tanim) oraz kazal sie odwiezc. Kulturka!
Teraz siedzimy sobie w cafe, ja pisze Bericht, a Majki popija Lavazze. Czas jak zwykle nas goni, wiec to tyle na tyle. Idziemy zwiedzac Sybin, a nastepnie “saskie cytadele”.
Pozdrawiamy!
Seba & Majki
Btw (przy okazji), Rumunia jest cholernie droga!!!!! Przynajmniej drozsza od Berlina :(