Blog z wyjazdu na Balkany


Pierwsze rumunskie wrazenia…
sierpień 10, 2007, 10:29 am
Zaszufladkowany do: 2.Rumunia

Podroz z Berlina przebiegla bardzo sprawnie, lecz nie planowo, jak zreszta wszystko tu :)

Jechalo sie bardzo dobrze niemiecka, czeska, slowacka i wegierska autostrada, jednak troche za duzo czasu stracilismy zaraz za granica niemiecka w Czechach szukajac stacji na gaz… Jak juz znalezlismy stacje, to byla zepsuta, a na kolejnej tylko w czeskich koronach mozna bylo placic, ktorych rzecza jasna nie mielismy i nie zamierzalismy wymieniac, bo tez po co?! Jednak byla to jedyna opcja, wiec wymienilismy na jednym koncu miasta kaske, zeby na drugim zatankowac i wrocic na autostrade, ktorej nie bylo… Slowem czeski film!

Ah, zapomnialbym o naszym towarzystwie niemieckim! Dziewczyny bardzo sympatyczne, kapke starsze od nas. Byly co prawda zdziwione, jak zajechalismy piekna limuzyna na polskich blachach. Rzecz jasna ani o “jakosci pojazdu” ani o polskich kierowcach, a tymbardziej braku klimy (oj bylo goraco!) nie wspomnielismy. Ale nie marudzily, na paliwko sie zrzucily, wiec kulturka!

Dziewczyn pozbylismy sie w Budapeszcie, gdzie po raz kolejny stracilismy sporo czasu. Okazalo sie bowiem, ze radio, ktore przelozylem na 5 min przed wyjazdem z Volva, nie ma odpowiednich kabli do podlaczenia w fordzie… Stad jechalismy po cichu. No nie tak po cichu… kto jechal fordem 160-170 kmh, wie o czym mowie :) Anyway, w stolicy Wegier szukalismy kabelka, zeby podlaczyc do cholerne radio. Zwiedzilismy Media Markty i inne Electro Worldy i du*a.

Po zmarnowanych 2-3 godzinach i juz bardzo zmeczeni (po drodze sie z Majkiem za kolkiem zmienialismy, gdyz on spal troche dluzej ode mnie przed podroza: Majk 2 godziny, ja jedna :)), wiedzielismy, ze nie damy rady dotrzec do Rumunii. Postanowilismy wiec pojechac jak najblizej granicy, zeby nastepnego dnia z rana uderzyc na Timisoare i Sybin. Tym miejscem okazalo sie Szeged, zreszta niemale i troche przypominajace Szczecin (tez troche ponad 300 tys. mieszkancow). Tam sie rozbilismy elegancko o 22:00 na polu namiotowym i w mig udalismy do krainy snu.

Kolejnego dnia z rana znalezlismy sklepik z kabelkami (“Ribizsar Auto Hifi” czyt. żibiżar ato hifi), wiec zadowoleni z wystajacymi zimnymi lokciami pospiesznym krokiem pognalismy na przejscie graniczne. Tam “Pan Szeryf” otwieral przepakowane rumunskie Dacie i wozy na wloskich tablicach (?!), ale nas puscili bez sprawdzania.

Zakupilismy winiety na rumunskie drogi (buahahaha!), ktore na pierwszych kilkudziesieciu kilometrach sprawialy niezle wrazenie, aczkolwiek im dalej w glab kraju, tym gorzej. Kilka razy myslalem, ze zawieszenie zostawilismy (a prowadzil Majk :P), wiec Bogu dziekuje, ze mnie nie podkusilo pojechac Volvem. Krajobrazy z poczatku bardzo plaskie, praktycznie same pola do Timisoary.

Timisoara to calkiem spore miasteczko z 3 placami (rynkami), zreszta do zludzenia przypominajace polskie starowki (Krakow, Wroclaw, Gdansk). Ku naszemu zaskoczeniu, rumuni na biednych absolutnie nie wygladaja, a wystawnych lokali, pokaznych samochodow jak i pieknych rumunek nie brakuje! Jako, ze gonil nas czas, to spedzilismy w tym miasteczku zaledwie pare chwil, zeby szybko sie udac do Sybina i tam spedzic wiecej czasu i w koncu poczuc tutejszy klimat.

Droga do Sybina byla juz o wiele ciekawsza. Lekko gorzyste tereny zapowiadaly Transylwanie, a niebieskie pociagi ciekawie sie na ich tle komponowaly (fotki sa!). Mocno nas zdziwil bardzo duzy ruch na ulicach. Liczne stare Dacie mieszaja sie tu z najnowszymi furkami swiata, ale wszyscy jezdza jak po***… po prostu jak szaleni :) Ciezko tu kogokolwiek wyprzedzic, bo wszyscy… ciebie wyprzedzaja. Jazda samochodem to tu prawdziwa przygoda, a i Majki pokazal zabki i niejeden przepis zlamal, zebysmy ruszyli z miejsca. Ten spokojny, zchilowany Majk juz nie wroci :)

Tak czy owak, udalo sie w koncu dotrzec do Sybina, przepieknego starego miasta, zreszta nie bez powodu nazwane “europejska stolicy kultury 2007″. I wszystko wydaje sie tu byc swietnie dopiete na ostatni guzik poza… noclegami, ktorych brak! (tu uwaga polacy z euro2012 – budowac hotele!) Wszystko normalnie zajete i to niezaleznie, czy drogie czy tanie noclegi. A pol namiotowych od roku… nie ma. Zrezygnowani bylismy juz gotowi kimac w aucie, albo rozbic namiot na dziko, jednak sprobowalismy jeszcze podjechac do jednego pensjonatu na naszej drodze i tam bardzo mily “Pan Rumun” nie znajac zadnego jezyka poza rumunskim, zrozumial o co chodzi, pojechal z nami kawalek dalej, wskazal miejsce z wolnym noclegiem (stosunkowo tanim) oraz kazal sie odwiezc. Kulturka!

Teraz siedzimy sobie w cafe, ja pisze Bericht, a Majki popija Lavazze. Czas jak zwykle nas goni, wiec to tyle na tyle. Idziemy zwiedzac Sybin, a nastepnie “saskie cytadele”.

Pozdrawiamy!

Seba & Majki

Btw (przy okazji), Rumunia jest cholernie droga!!!!! Przynajmniej drozsza od Berlina :(


2 komentarzy jak dotąd
Dodaj komentarz

Dzieki chlopaki za relacje, super napisane. Czekamy na kolejne sprawozdania.

komentarz - autor: Lukasz

Teraz już wiem po kim te zdolności pisarskie :)… z niecierpliwością czekam na dalsze doznania i buziaki ślę.

komentarz - autor: pralinka czikolinka




Dodaj komentarz
Znak podział wiersza i akapitu wstawiany jest automatycznie, twój adres e-mail nie będzie opublikowany, stosowanie HTML jest dozwolone: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <pre> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>