Blog z wyjazdu na Balkany


Ostatni news! Od raftingu, przez Sarajevo do Belgradu…
sierpień 29, 2007, 9:05 pm
Zaszufladkowany do: 6.Bosnia/Serbia

Pisze w przyjemne popoludnie, z serbskiego akademika w Belgradzie, swiadom, ze nasza wycieczka dobiega juz konca… Od ostatniego wpisu, niewiele sie juz dzialo, ale za to prawie same pozytywy!

Zaczne od raftingu na rzece Neretva (miedzy Mostarem a Sarajevem), ktory trwal praktycznie caly dzien. Dojechalismy na umowiona godzine (10) do malego miasta Konjic, gdzie czekal na nas mily gosc, ktory organizowal splyw pontonem po rwacej rzece (czyli rafting). Po wypiciu kafki/herbatki, zapoznaniu sie z programem i oplaceniu nadchodzacej atrakcji (35 euro), ruszylismy naprzod ku nowej przygodzie! Najpierw dojechalismy wlasnymi autami do miejsca, w ktorym splyw mial swoj koniec, zeby wsiasc do starego (ale czystego!) autokaru i udac sie w gore rzeki. Mielismy dosyc wesola, 40 minutowa podroz z modnie odziana mlodzieza bosniacka z Sarajeva, ktora przez caly czas spiewala swoje „narodowe” piosenki wybuchajac co roz gromkim smiechem. My nie rozumiejac ani slowa tylko sie patrzylismy tepo i tak samo tez usmiechalismy. Zanim sie splyw zaczal, mielismy potezne barbeque z kilkoma rodzajami mies z grilla, papryka, pieczywem i roznymi napojami: gazowanymi jak i niegaz. oraz alkoholowymi, ktorych oczywiscie nie tknelismy ;) All inklusive! Tak wiec zanim sie splyw zaczal, bylo juz dobrze :) Dostalismy kompletny sprzet w postaci pianek (stroj), butow, kapokow, wiosel a nawet kaskow, ktore pozostaly nieuzyte. Byla nas grupa okolo 20 osob, ktora podzielono na 3 pontony (nasz liczyl lacznie ze sternikiem 5), a w kazdej „lodce” wszystkie napoje, ktore byly na BBQ… i nie tylko :) Tam nikogo nie interesuja zasady bezpieczenstwa na wodzie. Wyprawa klarowna rzeka w przepieknym kanionie trwala z 2 przerwami jakies 8 godzin i byla niezapomnianym przezyciem. Spodziewalismy sie co prawda wiecej odcinkow z ostrzejszym nurtem, ale bylo ich i tak sporo, a to, ze ja wypadlem z pontonu podczas jednej z przepraw miedzy wystajacymi z wody skalkami, a majk zgubil na pare metrow wioslo, mowi samo za siebie. Rafting to bardzo fajna sprawa, ktora bedziemy chcieli koniecznie kiedys gdzies powtorzyc!

Po splywie, po zdaniu sprzetu, ruszylismy pospiesznym krokiem na stolice Bosni.Do przedmiesc Sarajeva dotarlismy, gdy na zewnatrz robilo sie juz ciemno, ale na szczescie latwo i szybko trafilismy na interesujacy nas camping, ktory okazal sie bardzo czystym i przyjemnym, w dodatku niedrogim i dosyc przestrzennym. Miejsc do wyboru do koloru. Pojechalismy jeszcze do miasta na wieczor na maly rekonesans, przeszlismy deptakiem po starowce i wrocilismy do namiotu.

Nastepnego dnia z rana od razu podjechalismy do pierwszego lepszego warsztatu, zeby wymienic klocki hamulcowe, bo juz od paruset km strasznie halasowaly i zaczynaly sie scierac tarcze (skad ja to znam… pamietny wypad do Chorwacji). Trafilismy na bardzo uprzejmego mechanika, ktory objechal z nami 2 sklepy z czesciami samochodowymi, zeby nastepnie wymienic u siebie w warsztacie kupione przez nas klocki. Calosc wymiany lacznie z klockami wyniosla nas niecale 130 zl w przeliczeniu, wiec smiech na sali. Po drodze dowiedzielismy sie, ze niestety z prawnego punktu widzenia, bosniacy nie moga sprowadzac aut starszych niz 7 letnich (Ford ma 8), wiec nici ze sprzedazy. Mimo to, uradowani z dzialajacych w pelni hamulcow, udalismy sie do miasta!

Sarajevo jest bardzo ciekawie polozonym miastem, otoczonym z kazdej wrecz strony wzgorzami, ktore z kolei byly w ladnym stylu czesciowo zabudowane domkami. Miasto na pierwszy rzut oka nie jest moze wybitnie piekne, ale za to bardzo przyjemne w zwiedzaniu. Moze byc troche mniej w mieszkaniu, bo jazda prawie samymi jednokierunkowymi uliczkami sprawia nielada trudnosc, a i zaparkowanie tutaj auta graniczy z cudem. Znowu musielismy stanac na zakazie (jak wszyscy tutaj), ale tym razem bez konsekwencji.

Jako, ze wyznanie religijne mieszkancow Sarajeva jest podzielone po rowno na muzulmanskie, prawoslawne i katolickie, sama budowa dzielnic miasta rowniez jest mieszanka tych religii. Nie widac tu tez absolutnie wiekszych granic miedzy spoleczenstwem, jakiejs niecheci wobec siebie, nie mowiac juz o nienawisci. Wszyscy wydaja sie zyc w harmonii bez wzajemnej agresji. I w ten sposob spacerujac po muzulmanskiej czesci starowki, nie zauwaza sie przejscia do chrzescijanskiej strony. Cale miasto jest bardzo spojne i to mimo tak roznorodnej ludnosci tutaj. Ludzie wydaja sie zyc na podonym poziomie, bez wiekszych bogactw, ale rowniez i bez widocznej biedy. Turystow nie ma zbyt wiele, stad przyjemniej sie wedruje wsrod tutejszych. Chillowe miasto, w ktorym zostalismy na 2 dni, ktore zreszta zdecydowanie polecamy do zobaczenia!

Z Sarajeva wyruszylismy w poludnie 28.08., zeby zdazyc na mecz pilkarski Crvena Zvezda (czerwonej gwiazdy) vs. Glasgow Rangers w ramach 3. rundy eliminacyjnej do Champions League. Dla nie interesujacych sie pilka nozna dodam, ze byl to rewanz (w pierwszym meczu 1:0 dla szkotow), i zeby zespol ze stolicy Serbii (C.V.) awansowal do grupowych rozgrywek europejskiej elitarnej Ligi Mistrzow, musial wygrac przynajmniej 2:0 (w skrocie). Tak wiec zapowiadalo sie obiecujaco i emocjonujaco. Jak tylko wjechalismy do Belgradu, widac bylo pierwsze tabuny kibicow „czerwonej gwiazdy” ubranych od stop po glowy w bialo-czerwone barwy, a pierwszych sympatykow serbskiego klubu widzielismy juz tuz za granica z Bosnia, 170 km od Belgradu!

Niestety zbytnio sie spieszylismy, bo na wyjezdzie jednej z bosniackich wiosek stali niesamowicie zabunkrowani policjanci i lapali na 50tce. Na liczniku mialem 86 kmh, wiec (o dziwo) mily pan policjant napisal na karteczce 150 euro i zaczal po swojemu tlumaczyc, ze musze wrocic do Sarajeva (a bylismy juz daleko za), by tam zaplacic i wrocic do niego po paszport… Najgorsze bylo, ze nie mielismy juz ani jednego euro, a 76 bosniackich marek, ktore nam zostaly (rownowartosc okolo 40 euro) zamierzalismy wydac na paliwo przy granicy z Serbia. Zaczalem sie z nim targowac i tlumaczyc, ze nie mamy pieniedzy, w co nie bardzo chcial uwierzyc. W koncu przynioslem portfel i go otworzylem. On wyciagnal wszystkie nasze 76 marek, schowal do kieszeni i oddal moje dokumenty zegnajac sie ze mna. Mozna powiedziec, ze „udalo sie” za 40 euro wykupic wolna droge na Belgrad… Od tego momentu jechalem juz uwazniej.

Do stolicy Serbii dojechalismy na 18, a mecz zaczynal sie o 20. Goraczkowo wiec przywdzialismy po czerwonej koszulce, zaczelismy szukac parkingow, bankomatow, zeby szybko pojsc po bilety, ktore ze znanych nam informacji z internetu, schodzily jak swieze buleczki! Udalo sie! Bilety kupilismy po 1000 dinarow u konika (cena na bilecie 800), co w przeliczeniu daje niecale 50 zl. Weszlismy na stadion tuz po 19, ktory praktycznie w 80-90% juz byl pelny, a nasze miejsca wyznaczone na bilecie byly zapewne zajete, wiec siedlismy sobie na murku pod dachem na samej gorze luku stadionu, skad byla niezla widocznosc. Jednak od okolo 19:20 skonczylo sie siedzenie, bo fani Crveny Zvezdy (na calym stadionie!) wstali i zaczeli swoje gorace spiewy, ktore trwaly przez caly mecz, nieustannie, az gdzies do 22! Wyobrazcie sobie 50 tys. ludzi (tyle bylo na stadionie), ktorzy stoja przez caly mecz (mimo krzeselek dla wszystkich) zdzieraja swoje gardla przez 2,5 godziny dajac z siebie wszystko, klaszczac i bawiac sie przy tym. Fantastyczne widowisko! Robilo to ogromne wrazenie i juz tylko odliczalismy minuty do rozpoczecia meczu… Niestety nasz reprezentant polski, Grzesiu Bronowicki, nie znalazl uznania w oczach trenera serbskiej druzyny i przesiedzial caly mecz na lawce, a szkoda. Jak tylko pilkarze wyszli na murawe, kibice zaprezentowali niesamowita oprawe z balonikow i spiewow. Widac bylo, ze kibice sa tu zakochani w swoim klubie i slowa „…me zivota… crvene zvezde…”, czyli pewnie cos w rodzaju „oddam zycie za czerwona gwiazde” maja spore znaczenie i nie sa tylko slowami rzuconymi na wiatr. Mecz sam w sobie byl srednim spektaklem, gdyz szkoci praktycznie cale 90 minut madrze murowali dostep do swojej bramki, wyprowadzajac moze 2-3 klarowne kontry zakonczone groznym strzalem. A serbowie z kolei latwo i przyjemnie dochodzili pod pole karne przeciwnika, ale potem spowalniali gre, niepotrzebnie wchodzili w dribbling, badz bardzo niecelnie dosrodkowywali. Dogodnych sytuacji strzeleckich mieli moze ze 3-4, z ktorych chociaz jedna powinni byli wykorzystac! Mecz zakonczyl sie, ku niezadowoleniu miejscowych, 0:0, ale kibice nie robili z tego dramatu, podziekowali swoim pilkarzom i w spokojnych nastrojach rozeszli sie w swoim kierunku, nie robiac przy tym zadnych burd. Cos, czego niestety nie znaja w Polsce niektorzy „kibice”… Crvena Zvezda byla w tym meczu lepsza, czesciej atakowala i przewazala zdecydowanie w posiadaniu pilki, jednak to Glasgow Rangers madrze sie bronilo i awansowalo do Ligi Mistrzow. Mecz byl mimo tego warty wyprawy, mimo 2,5 przestanych godzin na palach (zeby cos widziec), gdyz emocji nie brakowalo!

Po meczu pojechalismy cos zjesc, nastepnie poszukalismy noclegu (nastawieni na spanie w aucie z braku pomyslu i informacji o hostelach), ktory udalo sie znalezc w belgradzkim akademiku za niewielkie pieniadze. Mieszkamy sobie w pokoju 6 osobowym, majacym moze z 10 m2, ale tylko we dwoch. Padlismy z nog, zanim sie na dobre zdazylismy ulozyc na pietrowych lozkach, oczywiscie na gorze.

Dzisiaj zwiedzilismy sobie caly Belgrad, spacerujac po starowce, wzgorzu z cytadela, jak i mniej turystycznych uliczkach, by zobaczyc jak tu ludzie sobie zyja. W stolicy Serbii na prozno szukac nowoczesnych biurowcow wpakowanych w szare blokowiska. Miasto jest spojne, utrzymane w jednej tonacji, z przyjemna starowka, gdzie jak i w bosniackiej stolicy, niewiele turystow. Trzeba przyznac, ze jest tu jednak jeszcze sporo pozostalosci powojennych (poteznych budynkow z wielkimi dziurami postrzalowymi), podobnie zreszta jak i w Mostarze w Bosni. Jednak absolutnie nie ma sie wrazenia, jakby wojna skonczyla sie dopiero kilka lat temu. Ludzie zyja normalnym, europejskim rytmem, choc wydaje sie, ze nie musza pracowac, skoro od rana maja czas na kawkowanie w knajpkach i spacerki po deptaku. Podobnie jak i Sarajevo, nie rzuca niczym specjalnym na kolana, ale jest bardzo przytulnym miastem, po ktorym milo sie spaceruje. Za jakies pare minut chcemy sie wybrac gdzies do jakiegos pubu/klubu, gdyz zycie nocne jest tu ponoc highlightem numer 1.

Jutro chcemy jeszcze przejsc sie do muzeum Tesli, aby nastepnie udac sie do Nowego Sadu oddalonego od stolicy o 80 km, gdzie spedzimy nasze ostatnie chwile na naszym balkanskim wyjezdzie i wydamy ostatnie dinary, by najprawdopodobniej w piatek z rana wyruszyc w podroz powrotna do Berlina.

Dlatego jest to tez ostatni news. Mam nadzieje, ze z checia czytaliscie nasze wpisy. Za bledy wszelkiego rodzaju przepraszam, ale nie zawsze dane bylo pisac w komfortowych warunkach, nie mowiac juz o sprawdzeniu tego, co nastukalismy. Nastepnym razem bardziej sie postaramy! :)

Ostatnie juz pozdrowienia z balkanskiego wypadu, ktory jak dotad mimo kilku nieprzyjemnych incydentow, uznajemy zgodnie za bardzo udany! Majki mi tu krzyczy „zajebiscie udany!” i kaze to napisac :) W takim razie dolaczam sie do tych slow!

Do zobaczenia!

Sebastian & Michal



Blizej Europy
sierpień 26, 2007, 7:45 am
Zaszufladkowany do: 5.Czarnogora/Chorwacja

Ohrid, turystyczne miasto Macedonii, to geograficznie najbardziej na poludnie wysuniete miejsce, ktore osiagnelismy podczas naszej podrozy. Bylo bardzo oblezone przez przede wszystkim macedonczykow, wiec region w miare dziewiczy, nieprzepchany turystami zagranicznymi. Spedzilismy tam bite 2 dni i strasznie wypoczelismy!

Najglebsze w Europie jezioro Ohrid (taka sama nazwa miasta jak i jeziora), o czystej i cieplej wodzie, polozone w pieknym, lekko gorzystym regionie, znajdowalo sie raptem kilkaset metrow od naszego „apartamentu”. Nasza meta byla do tej pory (i pewnie do konca wyjazdu) najbardziej „luksusowym” miejscem na nocleg, gdyz mielismy w nowowybudowanym domku pokoj z trzema lozkami (?!) tylko dla siebie, czysto i gustownie urzadzone, do tego kuchnia i lazienka do podzialu z serbska parka, ktora miala swoj pokoj obok. I do tego stosunkowo niedrogi! Poza kapaniem sie, lezeniem plackiem na sloncu, szlajalismy sie po uroczych uliczkach delektujac sie tamtejszymi lodami.

Gdy juz mielismy dosyc slonca i opalania sie ;) , pojechalismy do Czarnogory przez Albanie. Z Macedonii nie chcieli nas pierwotnie wypuscic ze wzgledu na brak „certyfikatu” od ojca na auto. Wypisalem uprzednio recznie pozwolenie, to mnie wysmial, jak to zobaczyl. Celnik byl bardzo niemily, rzucal paszportami i cos tam bluznil po nosem. W koncu machnal reka i nas puscil. Ogolne wrazenia z Maceodnii mamy jednak bardzo dobre! A Ludzie (poza tym jednym celnikiem) sa bardzo uprzejmi i sympatyczni!

Albania niestety nie zrobila na nas dobrego wrazenia. Poza celnikami, ktorzy z kolei byli w porzadku :) Moze jakosc drogi nas pozytywnie zaskoczyla, bo w przewodniku pisali, zeby brac zapasowe opony ze soba… a tu sie okazalo, ze drogi byly wrecz w idealnym stanie. Za to miasta byly brudne, budynki obskorne, a ludzie niemily wyraz twarzy. Dlatego tez nawet nie mielismy ochoty sie zatrzymywac nigdzie i przejechalismy praktycznie bez przystanku. Aha, musze dodac, ze nigdzie nie bylo tak duszno, jak wlasnie w Albanii! Jadac nawet przy otwartych oknach lalo sie z nas jak spod prysznica, a gdy wystawialo sie „zimny lokiec” w mig sie przegrzewal i juz nie bylo „cool”…

W Czarnogorze zrobilismy pierwszy przystanek w Budvie, okropnie przepelnione turystami zarowno tutejszymi, jak i zagranicznymi. Do tego kemping, na ktorym przyszlo nam spac byl najdrozszym i do tego najgorszym! Zeby sie umyc pod prysznicem, trzeba bylo trzymac za sznureczek jedna reka, zeby woda kapala z prysznica. Oczywiscie nie bylo opcji ustawienia temperatury… jedna dla wszystkich. Tak wiec mozecie sobie wyobrazic, jak dlugo mydla, szampony i inne toniki z nas splywaly… Wieczorem chcielismy isc „zadensic”, ale przy tym upale 2 browarki szybko nas ululaly, wiec pospiesznym krokiem po spozyciu niezlego czarnogorskiego kebaba wrocilismy do namiotu na „ukochane” pole namiotowe, gdzie wciaz bylo slychac 3 rozne rodzaje muzyki na raz z dyskotek na swiezym powietrzu odleglych pareset ladnych metrow, na sasiedniej „kwaterze” gosc cholernie glosno chrapal, a dziecko od jakies 3-4 rano ryczalo przez paredziesiat ladnych minut… Just lovely!

Dlatego tez z rana szybko sie stamtad zmylismy pare kilometrow dalej, zeby podziwiac czarnogorskie fiordy w Kotorze, ktore zrobily na nas niesamowite wrazenie! Zreszta samo miasto, a w zasadzie starowka, bylo bardzo romantyczne. Po wzieciu kapieli nieopodal tej slicznej miesciny, przetransportowalismy sie promem (jakies 5-10 minut) „na drugi brzeg” fiordu i pojechalismy do Herzeg Novi (wciaz miasto w Czarnogorze), gdzie z kolei trafilismy na naprzyjemniejszy camping, z eleganckim prysznicem po chmurka (bez zaslon, bez scian, just take a shower and be watched…), z 24h/dobe cieniem na nasz namiot (nareszcie!) i spokojem, ktorego po tych ostatnich iscie turystycznych wojazach potrzebowalismy. Oczywiscie wciaz z dostepem do krystalicznie czystego adriatyku, jak na calej dlugosci wybrzeza czarnogorskiego. I to tyle z Czarnogory, z ktorej przywozimy mieszane, skrajne uczucia. Tak czy owak, na pewno warte ponownej wyprawy, a przede wszystkim fiordy kotorskie i hiking w tamtejsze gory, na ktory juz sil nam nie starczylo.

Wczoraj, 25.08.08, z samego rana wyjechalismy z Herzeg Novi do Dubrovnika. Najpierw stalismy 1,5 godziny jak osly na granicy (ze wzgledu na chorwatow, ktorzy sprawdzali skrupulatnie dokumenty swoich oraz innych, nieunijnych obywateli), gdzie dzialy sie cuda na kiju. Wyprzedzanko, wpychanie sie do kolejki… no szlag by ich trafil! I to jeszcze na pelnym sloncu! Troche tym zmeczeni udalo sie nareszcie minac przejscie (nawet bez spojrzenia w paszporty!) i dojechac na poludnie do Dubrovnika. Po drodze zauwazylem, ze nie mam okularow i nie moglem sobie przypomniec, gdzie je ostatni raz mialem na sobie… Przepadly, a razem z nimi moj dobry humor na kilkadziesiat minut.

Dubrovnik to piekne stare miasto, otoczone poteznymi murami, swietnie zachowanymi zreszta, ale niestety bardzo (znowuz) przepelnione turystami. Takich mas nie bylo jeszcze do tej pory nigdzie. I tu pierwszy raz poczulem, ze jestesmy juz bardzo blisko domu, zachodniej Europy i, ze tak naprawde nasza podroz zbliza sie ku koncowi. Zrobilismy sobie dluzszy spacer po starym miescie, po czym postanowilismy pojechac dalej niz uprzednio planowalismy, az do Bosni, do miasta Mostar (skad wlasnie pisze), zeby dzis z samego rana zrobic calodniowy rafting miedzy Mostarem a Sarajevem.

Jak wjechalismy do Bosni, bylo juz dosyc ciemno, wiec poki co trudno cokolwiek napisac, poza tym, ze maja tu bardzo „narodowe” stacje radiowe z prawie wylacznie tutejszymi grajkami :) Nocleg mamy w… mieszkaniu w bloku (z polecenia hiszpanki, ktora poznalismy w Bulgarii) u rodzenstwa bosniackiego. Nie jest jakos wybitnie tanio (12 Euro), ani przyjemnie (zarowno gospodarz jak i inni turysci), ale moglismy sie przynajmniej w „private room” w miare wygodnie wyspac i zregenerowac sily na dzisiejsze szalenstwo na rzece!

Tym akcentem bede tez konczyl, bo jest 7 rano, ide szybko wziasc zimny prysznic (bo znow upalnie) i sie wyszykowac na nasza wodna wyprawe. A w kolejnych dniach… kto wie, moze uda mi sie sprzedac Forda, zgodnie z planem ;)

Bosniackie pozdrowienia! S&M